REKLAMAA1-DAGRASSO--14-08----13-11-2020
    ARTYKUŁY IMPREZY FIRMY
    wydrukuj podstronę do DRUKUJ15 sierpnia 2020, 12:32 komentarzy 4

    Redakcja Haloursynow.pl

    napisz maila ‹
    moje artykuły ‹
    Budują się pierwsze bloki Ursynowa Płn. - 1977 rok

    Budują się pierwsze bloki Ursynowa Płn. - 1977 rok (Grażyna Rutkowska/NAC)

    Oddajemy nasze łamy mieszkańcom-pionierom, którzy w latach 70. i 80. XX wieku zasiedlali pierwsze ursynowskie bloki. Dziś wspomnienia prof. Henryka Kuźniaka, znanego kompozytora muzyki filmowej, który połowę życia związał z naszą dzielnicą.

    Pierwsze wrażenia z Ursynowa!

    Ursynów był inny niż pozostałe dzielnice Warszawy wówczas mi znane. Wszystko było inne, ciekawsze, różne od dotychczasowego mojego doświadczenia i przez to na swój sposób fascynujące. Inne były domy, ulice, a nawet ich nazwy, ich położenie względem siebie, sklepy, (na początku ich brak), inaczej była zagospodarowana przestrzeń. Było dużo powietrza co dawało poczucie relaksu i było powodem do zadowolenia. Zamieszkanie na Ursynowie, przynajmniej dla mnie, było powodem do radości.

    Ulice na Ursynowie miały różne oryginalne nazwy pochodzące od słynnych postaci: Surowieckiego, Bartóka, Romera itp. lub zwierząt i ptaków; Koński Jar, Puszczyka itp. Wreszcie najliczniejsze miały nazwy muzyczne: Nutki, Wiolinowa, Wokalna, Symfonii, Katarynki, Kujawiaka itp. itd. Jest ich też znacznie więcej i to również wyróżnia Ursynów od innych dzielnic Warszawy.

    Mimo tak wielu muzycznych ulic, trafiłem na ulicę, której nazwa pochodzi od ptaka – puszczyk to chyba sowa, a sowa uważana jest za ptaka mądrości. Zamieszkałem przy ul. Puszczyka pod nr 20. Szkoda, że nie zamieszkałem przy muzycznej ulicy, bo podpisując umowy jako kompozytor lepiej by to wyglądało gdyby w umowie było napisane – mieszka przy ulicy Symfonii, Nutki lub Bartóka.

    Położenie tych ulic względem siebie też było inne, na ogół ulice są albo równolegle albo prostopadłe, na Ursynowie było inaczej – jeśli nawet niektóre były równolegle to niektóre z nich były głównie przeznaczone do jazdy samochodowej, inne jak np. moja ulica – Puszczyka, tylko do chodzenia, równoległa do ulicy Surowieckiego. Po ulicy Puszczyka nie można było jeździć samochodem, chociaż była taka możliwość w przypadkach koniecznych.

    Puszczyka była tylko dla ruchu pieszego, co utrudniało znalezienie właściwego numeru domu. Pamiętam jak było „oblewanie” naszego mieszkania, spora grupa gości będąc po raz pierwszy na Ursynowie utknęła w błocie idąc ulicą Puszczyka w poszukiwaniu nr 20. Spacerek był dość długi, (bo idąc od ulicy Romera, tam przychodził autobus z miasta, chyba był to autobus 192?), ale niekoniecznie przyjemny ze względu na gliniastą ziemię ursynowską.

    Budujące się ursynowskie osiedla - 1977 r. - zdjęcie: Grażyna Rutkowska, źródło: NAC

    Przyjęcie zaczęło się od mycia – prysznicowania butów i zmiany zabłoconych skarpetek. Na szczęście miałem ich sporo w zapasie i dla wszystkich wystarczyło. Z jednej strony było to irytujące, ale z drugiej było bardzo śmieszne, w każdym razie wszystkich to ubawiło i spotkanie zaczęło się bardzo wesoło. Dziś daje się tam przyjść bez problemów w najgorszą pogodę, ale piszę o czasach pionierskich.

    Obrazy te i wspomnienia dotyczą zwykłych spraw, wydarzeń, ulic, sklepów, ludzi, dzieci z podwórka, komunikacji, niekiedy nie wydają się być prawdziwe. Trudno je dzisiaj uporządkować co było, a co się wydaje, że było, im dłużej o tym myślałem tym więcej miałem wątpliwości, bardziej to się wszystko komplikowało. Kiedy to było? Np. wybuch w Rotundzie – nie na Ursynowie, ale wydarzenie ważne bo zginęła w nim sąsiadka z góry, z naszego domu, jak to się stało – była po prostu w banku, kiedy to się wydarzyło? Dawno, a dziś już nie ma nawet Rotundy. Szokiem była również śmierć sąsiada z dołu, który „magazynując benzynę” w stanie wojennym uległ śmiertelnemu poparzeniu podczas wybuchu. Wypadek nie wydarzył się w naszym domu tylko na działce. Dla sąsiadów to znów szok i tragiczne przeżycie.

    Takich zdarzeń było wiele, na szczęście nie wszystkie tragiczne. Jest wiele pytań jak to było w tamtych czasach na Ursynowie, ale nie na wszystkie można odpowiedzieć. Np. kim byli sąsiedzi? Czy nasi znajomi i przyjaciele to już z Ursynowa? Czy znaliśmy się wcześniej? Co się z nimi dzieje dzisiaj?

    Odpowiedzi na niektóre pytania są dziś mało zrozumiałe, ponieważ wszystko się zmieniło, wystarczy przypomnieć sobie filmy Barei. Jeśli powiem, że w pewnym czasie i w pewnym sensie Megasam był „miejscem życia towarzyskiego” to nikt tego nie uzna za prawdę i informację sensowną, każdy zapyta dlaczego tak? Z czego to wynikało? Co na to wpływało? W tym okresie mieszkańcy spędzali sporo czasu w kolejkach przed sklepami, szczególnie przed świętami po ryby, śledzie, szynkę, pomarańcze i wiele innych produktów, które były „okazjonalne”. Dziś już o tym wszystkim zapomnieliśmy. Wielogodzinne wystawanie w kolejkach sprzyjało spotkaniom zaplanowanym i przypadkowym. Służyło to ożywionemu życiu towarzyskiemu, tam wymieniało się informacje co i gdzie można kupić, tam też opowiadało się dowcipy – na ogół antyrządowe, plotki i ciekawostki itp.

    Zaopatrzenie

    Wspominałem o Megasamie, ale to był już czas późniejszy. Teraz chciałem przypomnieć nasz pierwszy, najbliższy sklep na Końskim Jarze. Nie mam pewności, ale być może był to w ogóle pierwszy sklep na Ursynowie?

    Na początku napisałem, że na Ursynowie wszystko było inne. Istotnie, ten sklep Na Końskim Jarze szokował, był samoobsługowy co nie było jeszcze tak częste w tamtych czasach. Był inaczej oświetlony, zaopatrzony, dla kupującego zjawisko nowe. Oświetlenie sklepu było raczej jak w kabarecie, lekko przyciemnione co dawało nastrój spokoju i pewnego rodzaju intymności, nigdy nie było tu dużo ludzi. Prawdopodobnie większość dopiero co, zamieszkałych ludzi korzystało ze sklepów w centrum Warszawy. Jeśli chodzi o zaopatrzenie w tym sklepie to chyba też musiało być pod „specjalnym nadzorem” bo tam prawie wszystko było. Sklepem tym byłem zaszokowany i na początku myślałem, że jest to sklep „za żółtymi firankami” i, że trafiłem tutaj przez omyłkę. W tamtych czasach w Warszawie było sporo takich sklepów, były przysłonięte „żółtymi rankami”, w nich też wszystko było – tylko, że nie dla wszystkich. Może dlatego, ten właśnie sklep na Końskim Jarze utkwił mi w pamięci i zostawił taki ślad wyróżniający go od większości innych sklepów w tym czasie.

    Sklep WSS "Społem" na Jarach - rok 1977, zdjęcie: Grażyna Rutkowska, źródło: NAC

    Znajomości, przyjaciele, kontakty

    Zamieszkanie w tamtych czasach w jakieś dzielnicy było w dużym stopniu dziełem przypadku, zrządzeniem losowym, można było wybrać i zdecydować się na jakieś spółdzielnie, było ich sporo, można było zadecydować o rodzaju mieszkania M2, M3, M4, ale trzeba było mieć „pokrycie do danego” M. Wybrać sobie dzielnicę np. Ursynów nie było proste. O wyborze sąsiadów raczej nikt nie myślał zakładając z góry, że będą fajni.

    W tamtych czasach nie było dużych możliwości wyboru dzielnicy, ulicy, piętra – nie mówiąc o sąsiadach. Jeśli była jakaś szansa na mieszkanie to korzystało się z niej ciesząc się, że coś takiego się przytrafiło. Najczęściej brało się to, co dawali i gdzie szybciej można było zamieszkać, czyli krótko mówiąc, gdzie czas oczekiwania był krótszy. To los i przypadek powodował, że można było trafić dobrze albo źle. Poznać nowych ludzi, zaprzyjaźnić się i potem latami utrzymywać przyjacielskie kontakty, albo przeżyć i potem szybko zapomnieć. Mam utrwalone po latach wrażenie, że my trafiliśmy dobrze. W naszej klatce byli różni ludzie pod względem wykonywanych zawodów. Nad nami mieszkał dyrektor jakiegoś małego przedsiębiorstwa, pod nami mieszkali Państwo Pani Zofia i Pan Tadeusz, którzy pracowali za granicą, tylko podczas wakacji można ich było spotkać, mieli dwóch synów.

    Pan Tadeusz charakteryzował się tym, że zawsze miał papierosa w dłoni albo w ustach. Również Pani Zofia paliła, po latach rzuciła palenie, ale bardzo przestrzegała swojego męża żeby tego nie robił, ponieważ strasznie utyła. Państwo wyprowadzili się z ulicy Puszczyka na Kabaty, wiele lat wcześniej od nas. Byli bardzo sympatycznymi ludźmi i często ucinaliśmy sobie „pogawędkę” na podwórku. Raz Pan Tadeusz wracając z miasta był obwieszony papierem toaletowym, a ponieważ był to towar dficytowy wręczył mi, chyba na znak sympatii, jedną rolkę w prezencie. To był bardzo cenny prezent w tym czasie, chociaż dla młodego pokolenia dziś zupełnie niezrozumiały. Na długo kontakt się urwał, ale po 20 latach spotkałem Sąsiada na Kabatach. Państwo z dołu byli pierwszymi z naszej klatki, którzy zmienili adres, my z rodziną zamieszkaliśmy na Kabatach znacznie później. Po 20 latach idąc przez mały park Moczydełko spostrzegłem osobę siedzącą i czytającą gazetę, oczywiście z nieodłącznym papierosem. Nie miałem już wątpliwości, że to Pan Tadeusz. Oczywiście były pytania o żonę, dzieci, no i oczywiście o papierosy. Na to ostatnie pytanie pan Sąsiad odpowiedział „Papierosy? Papierosy trzymają mnie przy życiu”.

    Co się tyczy rodziny, to te wiadomości nie były dobre, Pani Zofia zmarła już parę lat temu, Pan Tadeusz twierdzi, że gdyby nie rzuciła palenia żyłaby jeszcze. Państwo mieli dwóch synów – Andrzeja i Jacka, którzy jeszcze mieszkając przy Puszczyka byli już na studiach. Niestety Andrzej i jego żona również odeszli. Wnukowie skończyli studia. Pan Tadeusz ma stały kontakt zarówno z nimi jak również z drugim synem i jego rodziną. Nasz sympatyczny sąsiad uśmiechnięty, w dalszym ciągu, zawsze z papierosem, daje sobie radę i muszę przyznać, że robi dobre wrażenie. Jest pogodny i również ucieszył się z naszego przypadkowego spotkania jak również z kolejnych, które miały miejsce. Jeżeli zdarza się okazja spotkania „ucinamy sobie gadkę” jak za dawnych czasów, wspominając mieszkanie przy ul. Puszczyka.

    Mam dobre wspomnienie jeśli chodzi o sąsiadów z klatki – były one serdeczne, ale ograniczały się do kontaktów na podwórku, na klatce, na ulicy w kolejce itp. W naszej klatce nie było „reżimu towarzyskiego” charakteryzującego się tym, że wszyscy bywali u wszystkich przy każdej możliwej okazji. Niemniej jednak wyczuwało się wzajemną sympatię tych ludzi, których przypadek i los sprawił, że byli blisko siebie. Jeśli coś się komuś złego wydarzyło – wszyscy to przeżywali.

    Dzieci

    Dzieci z podwórka były bardziej zintegrowane – bywały często w naszym domu i nasi synowie u swoich kolegów i koleżanek. Była to spora gromadka. Imiona koleżanek i kolegów z najbliższego sąsiedztwa, których nazywam „z podwórka” brzmią mi dźwięcznie i sympatycznie w uszach: Paweł, Tomek, Joasia, Dominik, Czarek, kilku Piotrków, Ania, Asia, Sławek, Sylwia, Agnieszka, Zbyszek, rodzeństwo Sumajka i Rysio, Rafał, Sebastian, Łukasz i inni. Prawdopodobnie kogoś pominąłem „bo pamięć już nie ta”.

    Dziś to dorośli ludzie, ojcowie rodzin, zajmujący poważne stanowiska, pełniący poważne funkcje w urzędach – jednym słowem czterdziestolatkowie. Znani, popularni, a nawet sławni. Mam tu na myśli przede wszystkim Piotrusia Guziała, który jako jeden z „podwórka” wybił się na burmistrza Ursynowa i zasłynął z różnych oryginalnych inicjatyw, do niedawna był radnym w Radzie Warszawy. Mile go wspominam jako chłopca z podwórka, zawsze był bardzo aktywny i ambitny. Na Ursynowie utrwaliło się wiele naszych przyjaźni – początkowo z najbliższego otoczenia ul. Nutki, ul. Puszczyka – później z dalszych ulic.

    Dzieci bawiące się przy jednym z bloków na Ursynowie, 1977 rok, zdjęcie: Grażyna Rutkowska, źródło: NAC

    Nasi przyjaciele z Ursynowa to również spora „gromadka”. Spotykaliśmy się często z Grażyną i Darkiem Pankowskimi, którzy mieli dwie urocze córki: Magdę i Martynę, z Anią i Jurkiem Szulcami i ich dziećmi. Ania była wówczas gwiazdą Telewizji Polskiej, Jerzym Nowosielskim profesorem, malarzem i konserwatorem, którego wcześniej poznałem w Radzie Wyższego Szkolnictwa Artystycznego, której byłem w ostatniej kadencji Przewodniczącym. Ta grupa z ul. Nutki została mocno zintegrowana. Spotykamy się w miarę możliwości również obecnie mimo, że adresy już nie te same. Na ul. Puszczyka – 100 metrów od nas – mieszkali Ewa i Zbyszek Matuszewscy z synami Mateuszem i Bolkiem. Kiedyś mieliśmy spędzić razem Sylwestra u nas, nie dotarli „zima stulecia” pokazała, co potrafi.

    Zima stulecia to był początek końca poprzedniego ustroju. Nie można było pokonać 100 m. na ul. Puszczyka z powodu nieprawdopodobnych zasp śnieżnych. Wydaje się to niemożliwe, nie do wyobrażenia, ale tak było naprawdę. Nie spędziliśmy razem Sylwestra, ale za to z Ewą i Zbyszkiem spotykaliśmy się później w różnych częściach Świata między innymi w Nowym Jorku, gdzie Zbyszek pracował w ONZ, a kilkanaście lat później w Londynie gdzie mieliśmy z żoną okazję zamieszkać w rezydencji Ambasadora Polski w Wielkiej Brytanii. Obecnie odwiedzamy się na Kabatach na ul. Baló lub ul. Stryjeńskich i utrzymujemy serdeczne kontakty. Z przyjaciół, którzy przybyli na Ursynów po nas (albo za nami) byli Antek i Żaneta Wrońscy. Antek mój pierwszy kolega ze studiów na Uniwersytecie i z akademika na Kickiego, wieloletni redaktor muzyczny Polskiego Radia, Sławek Mirkowski mój kolega jeszcze z domu akademickiego również na Kickiego. Przebywał wiele lat za granicą we Francji i USA. Po powrocie zamieszkał na Ursynowie w mieszkaniu, w którym przez parę lat my mieszkaliśmy. Utrzymujemy kontakt. Z innych naszych przyjaciół, którzy przybyli na Ursynów są Jola i Zbysio Makomascy. Zbysio słynny biegacz, poznaliśmy się na wycieczce zagranicznej, Sylwia i Andrzej Kobrzyńscy, mój kolega po fachu, słynny kompozytor, często odwiedzali nas na ulicy Puszczyka. Później również zamieszkali na Ursynowie – obecnie mieszkamy w bliskiej odległości na Kabatach i jesteśmy w stałym kontakcie towarzyskim i przyjacielskim.

    Chciałbym jeszcze wspomnieć Grażynę i Janusza Zaporowskich, którzy mieszkali na Puszczyka i to bardzo blisko nas. Janusza poznałem wcześniej, spotykaliśmy się na Festiwalach Filmowych w Krakowie i Gdyni, pracował w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Niestety Janusz zginął wraz z prezesem NIK prof. Walerianem J. Pańko w katastrofie, wypadku samochodowym, która do dnia dzisiejszego nie została wiarygodnie wyjaśniona. Kierowca, który prowadził samochód wyszedł cało!

    Jak to się stało?

    Co sprawiło, że zamieszkałem i zostałem połowę mojego życia na Ursynowie? Może nie jest to takie ważne, że zamieszkałem na Ursynowie, tysiące ludzi tu zamieszkało i tysiące dziś już mieszka gdzie indziej. Jednak ja pozostałem wierny tej Dzielnicy – dlaczego?

    Przecież mogłem postawić dom, zmienić Ursynów na inne miejsce, ale tego nie zrobiłem. Nie da się tego wytłumaczyć racjonalnie, to pozostaje w sferze odczuć sentymentalnych, których wyjaśnianie mogłoby zabrzmieć nieco pretensjonalnie. Jestem z tą dzielnicą mocno związany pod każdym względem. Tutaj powstały moje najważniejsze kompozycje filmowe do Vabanków, Seksmisji i seriali telewizyjnych – Parady Oszustów i Na kłopoty Bednarski i innych. Tutaj moje dzieci stały się dorosłymi osobami i tutaj z czterdziestolatka zrobiłem się mocno starszym panem!

    Zmieniałem mieszkania, adresy ale w ramach dzielnicy Ursynów. Kiedy zamieszałem przy ul. Puszczyka miałem 40 lat, a to była jak dziś mogę policzyć połowa mojego życia. To jest być może odpowiedź: skoro się przeżyło prawie połowę życia w jed- nym miejscu, to po co się gdzieś przenosić?

    Skąd się tu wziąłem?

    Wszystko, co wydarzyło się przed moim zamieszkaniem na Ursynowie miało wpływ pośredni na to, że zostałem mieszkańcem tej dzielnicy. Muszę tutaj wspomnieć o sobie, co robiłem wcześniej, gdzie mieszkałem, z kim się zadawałem i, jako konkluzja, jak trafiłem na Ursynów. Jakie były pośrednie przyczyny, które spowodowały, że zamieszkałem na Ursynowie, a właściwie zamieszkaliśmy na Ursynowie bo przeprowadzając się na Ursynów byłem już żonaty i miałem dwóch synów Mateusza i Piotrka.

    Przedtem mieszkałem w Warszawie, po ukończeniu studiów pod różnymi adresami i na marginesie muszę przyznać, że były to dobre adresy. Jako student Uniwersytetu Warszawskiego – przy ul. Kickiego – w słynnych domach akademickich na Grochowie, a później po studiach na Marszałkowskiej przy Placu Unii, na Starym Mieście, w Al. Waszyngtona i przy ulicy Wiejskiej. Gdzieś około roku 1965 wreszcie zakotwiczyłem już we własnym mieszkaniu w Ursusie, nie był to może dobry adres, ale była to pewnego rodzaju stabilizacja. Miałem tzw. M3 (dwa pokoje z kuchnią bez okna), jak na jednego człowieka luksus; miałem telefon stacjonarny (innych nie było) co już było w tamtej rzeczywistości nie lada „osiągnięciem życiowym”, miałem samochód, dobrą i ciekawą pracę, która dawała mi pewną popularność wśród znajomych. Pracowałem w Warszawie już od kilku lat dokładniej od 1959 w Wytwórni Filmów Dokumentalnych, później również Fabularnych, początkowo jako redaktor w fonotece, potem jako montażysta dźwięku i konsultant muzyczny i miałem już za sobą pierwsze próby komponowania muzyki do krótkich lmów dokumentalnych. Głównym moim zajęciem było opracowywanie dźwiękowe filmów dokumentalnych i Wydań Polskiej Kroniki Filmowej. Wytwórnia na Chełmskiej to był mój Uniwersytet Filmowy, tam poznałem wielu reżyserów, operatorów, montażystów, dźwiękowców, z którymi tworzyliśmy „kadrę dokumentu”. Tam miałem wielu przyjaciół. Młodzi, chętni, zaangażowani ludzie, dla których celem była przede wszystkim sztuka, a tzw. „kasa” pojęcie, które pojawiło się znacznie później wśród młodych ludzi, nie miała wówczas pierwszorzędnego znaczenia. Szansa, że można coś zrobić była ważniejsza od pieniędzy i nikt nie pytał wówczas „za ile” – pytanie to nie dotyczyło ówczesnego pokolenia.

    Prof. Henryk Kuźniak, zdjęcie z archiwum prywatnego pochodzi z książki "Jesteśmy z Ursynowa" wyd. DOK Ursynów 2018

    Tam nauczyłem się myślenia filmowego, analizy filmów, pracując i uczestnicząc w kolaudacjach filmowych, które były pewnego rodzaju seminariami, które prowadził prof. Jerzy Bossak. Mogę powiedzieć, że byłem nieformalnym uczniem prof. Bossaka, chyba nawet dobrym uczniem skoro prof. Bossak, jako Dziekan Wydziału Reżyserii w Łodzi, w 1964 zaproponował mi pracę w Szkole Filmowej w charakterze wykładowcy. Polska Kronika Filmowa i film dokumentalny, to były bardzo dobre wizytówki i nie będzie przesadą jeśli powiem, że był to „złoty okres” polskiego dokumentu.

    Ostatnia stacja przed Ursynowem, to Ursus

    Ostatnią dzielnicą, w której mieszkałem był Ursus. Ursus to pewien okres w moim życiu, w którym wiele się wydarzyło. Dojeżdżałem do pracy do Warszawy. Dojazd był koszmarny, ale miałem już od kilku lat samochód i dawało mi to pewną swobodę.

    W Ursusie mieszkałem pierwsze 7 lat, jako „singiel” i potem już wraz żoną i dwójką dzieci następne 3 lata. Mieszkając tam miałem dobre warunki, na ówczesne wymagania, niezbędną swobodę i nie będąc niczym skrępowanym poświęcałem sporo czasu na życie towarzyskie. Spotykałem się ze znajomymi. Bywałem, ale również urządzałem od czasu do czasu tzw. wieczory kawalerskie. Były to spotykania wyłącznie męskie z prostym jedzeniem: śledzie, tatar, ogórki, ewentualnie befsztyki, w których szybkim przyrządzaniu byłem wyspecjalizowany, dzięki Markowi Lusztigowi, który był w ich przygotowaniu wówczas mistrzem. Tym niezbyt wyrafinowanym daniom oczywiście towarzyszyła wódka w dostatecznych ilościach. Już wówczas stosowaliśmy maksymę „wódka stosowana w miarę nie szkodzi nawet w największych ilościach”.

    Na takie spotkania przychodzili nie tylko „kawalerowie” jak dziś się mówi „single” lecz ci inni, którzy stanowili większość towarzystwa. Spotkania te charakteryzowały się tym, że nigdy nie brały w nich udziału Panie. W tych spotkaniach liczyła się „swoboda wypowiedzi”, kawały – nie tylko cenzuralne, żadnego strojenia i chęci imponowania, popisywania się i uwodzenia, podrywania itp. co przy obecności Pań nie byłoby możliwe do wyeliminowania.

    Na spotkaniach tych bywali Jurek Szawłowski, Lolek Grabarkiewicz – muzyk, kolega z obozu wojskowego, który mieszka od wielu lat w Niemczech, Janusz Szawłowski brat Jurka, urokliwy człowiek i kolega, Tadzio Kruk były członek Zespołu Mazowsze późniejszy wojewoda w Sanoku.

    Ponadto bywali na tych spotkaniach kawalerskich Jasiu Kramarczyk, mieszkaniec Ursusa później Warszawy, postać malownicza, stały bywalec STS – u, zajmujący w dawanych czasach szereg poważnych stanowisk miedzy innymi był Dyrektorem technicznym FSO na Żeraniu, mamy kontakt do dnia dzisiejszego. Dzięki niemu zwiedziłem kiedyś Fabrykę na Żeraniu, która produkowała nasze wymarzone i ciężko dostępne dla przeciętnego obywatela Fiaty 125, ale największą sensacją była linia produkcyjna „Syrenki”, a w szczególności miejsce gdzie odbywało się tzw. „pasowanie części”? Polegało to na tym, że robotnicy walili drewnianymi młotami w różne części karoserii, które stawiały opór w ich zamontowaniu. Dlatego ta wiata nazywała się „pasowanie części”. Pasowanie części do Syrenki zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Minęło 40 lat, zapamiętałem wrażenie jakie to na mnie wywarło „pasowanie części” ponieważ dla mnie, muzyka, było to mocniejsze od wielu ambitnych i wyszukanych brzmieniowych efektów ówczesnej awangardy mu- zycznej z koncertów na Warszawskich Jesieniach.

    Na te spotkania każdy z kolegów mógł kogoś przyprowadzić, ale tylko mężczyznę i tak się kiedyś zdarzyło, że chyba Jasio Kramarczuk przyprowadził na takie spotkanie Stanisława Olszewskiego, jak się później okazało prezesa Spółdzielni Mieszkaniowej, która nosiła nazwę Politechnika, a później po wybudowaniu pierwszych domów zmieniła nazwę na SBM Ursynów. Tak przez przypadek poznałem Stanisława Olszewskiego, nie wiedząc kim jest i czym się zajmuje, Ale kilka lat później ten przypadek okazał się przypadkiem szczęśliwym.

    Te spotkania kawalerskie nie odbywały się często, również ze względu na moje obowiązki zawodowe, w latach 1967–1968 miałem kilka wyjazdów zagranicznych, w marcu 1968 byłem w Moskwie gdzie razem z reżyserem Lutkiem Perskim pracowaliśmy nad lmem dokumentalnym w kooprodukcji polsko–radzieckiej, gdzie wspólnie przeżywaliśmy marzec 1968 roku. W tym samym roku pod koniec wyjechałem do Paryża na Stypendium Rządu Francuskiego, które to stypendium otrzymałem za pośred- nictwem Ministerstwa Kultury. Nie było mnie w kraju do września 1969 r. Potem sytuacja się skomplikowała ponieważ bardzo dużo pracowałem – również miałem wyjazdy zagraniczne i chyba po trosze straciłem zainteresowanie do wieczorów kawalerskich. Owszem brałem udział w spotkaniach towarzyskich, ale już nie tylko męskich. Wspólnie z kolegami z WFD spotykaliśmy się u Małgosi Jaworskiej, której rodzice zakupili fantastyczne, jak na one czasy, mieszkanie przy ul. Jaracza.

    Kto tam bywał w tamtych czasach? Ludzie STSu, niektórzy z WFD i wielu innych, spotkania te miały charakter towarzyski podobny do tych, które Jerzy Gruza pokazał w filmie pt. „Dzięcioł”. Poznałem tam Elżbietę Czyżewską, potem jej męża – amerykańskiego dziennikarza, który musiał opuścić Polskę, niestety Elżbieta również z nim wyjechała. Bywali tam Andrzej Mierzejewski – artysta plastyk, malarz, brat Jerzego Mierzejewskiego również malarza i pedagoga w Szkole Filmowej w Łodzi, którego poznałem parę lat później, ponieważ to on mnie w pewnym sensie (formalnym) przyjmował do Szkoły Filmowej. Był wówczas prorektorem. Z tego okresu zapamiętałem jak Jerzy Mierzejewski zwracał się do mnie „nasz najmłodszy profesorek”. Do Szkoły Filmowej zaangażował mnie właciwie Jerzy Bossak – Dziekan Wydziału Reżyserii Filmowej, ale nie obeszło się bez rozmowy z prorektorem Jerzym Mierzejewskim. Chociaż była to raczej rozmowa kurtuazyjna, byłem bardzo zestresowany. Szkołę Filmową opuściłem na własną prośbę po 50 latach pracy w 2012 roku, jako profesor zwyczajny.

    prof. Kuźniak ma swoją gwiazdę w łódzkiej Alei Gwiazd

    Na Jaracza – spotkania ważne na przyszłość

    Małgosia Jaworska, która pracowała w WFD miała młodszego brata, który w tym czasie był jeszcze w szkole chyba w 10 klasie. Stefan Zubczewski, brat Małgosi interesował się muzyką, grał na klarnecie i był sympatycznym, młodszym (o wiele młodszym) od nas człowiekiem. Pewnego razu zaproponował „bruderszaft” i tak, mimo różnicy wieku, staliśmy się „kolegami”. Od tego czasu Stefan zapraszał mnie na spotkania – prywatki z uczniami z jego klasy. Nie mogę powiedzieć, żebym się tam dobrze czuł, towarzystwo było dla mnie zbyt młodzieżowe. Zdarzało się, że na te spotkania przychodziłem po pracy w Wytwórni Filmowej (miałem czas pracy nie regulowany), około godziny 21.00 wieczorem i już nie było z kim pogadać bo wszyscy byli „odjechani”, zmywałem się wówczas do SPATIF – u gdzie czułem się pewniej. Ale pewnego razu na takim wieczorku poznałem dziewczynę, która została moją narzeczoną, a później moją żoną. Od tego czasu zmieniło się moje życie. Krystyna jest moją żoną do dziś.

    Stefan Zubczewski, dzięki któremu poznałem Krystynę jest naszym serdecznym przyjacielem. Zawodowo zajmował się fotografią i dziennikarstwem, udokumentował nasz ślub (w 1973 r.) oraz szereg innych ważnych uroczystości i wydarzeń, jak np. koncert jubileuszowy w Łodzi 1971 r. oraz odsłonięcie gwiazdy w Łodzi 2012 r. i inne. Zosia i Stefan Zubczewscy do dziś są naszymi przyjaciółmi.

    Po tym jak poznałem Krystynę wieczory kawalerskie już mnie nie interesowały. Pobraliśmy się w 1973 r., a w 1974 urodził się nasz syn Mateusz. Rezydencja w Ursusie już nie była tak dobrym adresem. Okazało się jednak, że moja żona Krystyna od paru lat była członkiem Spółdzielni Politechnika. A może kandydatem na członka? Nie pamiętam.

    Miała złożyć wizytę prezesowi w sprawie przyspieszenia otrzymania mieszkania, tym bardziej, że była wówczas w ciąży (na świat miał przyjść nasz drugi syn). Skojarzyłem wówczas, że prezesem spółdzielni jest jeden z kolegów z wieczorów kawalerskich. Postanowiłem tam pójść razem z nią, pełen obaw, czy prezes w ogóle mnie pozna, czy skojarzy i jak się zachowa. Postanowiłem, że jeśli zwróci się do mnie proszę Pana – to wyjdę ze spotkania.

    Miłe zaskoczenie

    Muszę przyznać, że byłem mile zaskoczony przebiegiem wizyty u prezesa Olszewskiego w biurze Spółdzielni gdzieś na placu przy Politechnice. Mimo, iż nie widzieliśmy się klika lat, Stasiu Olszewski przyjął mnie bardzo serdecznie, oczywiście nie było żadnego per pan, a przecież mogło być. Pan prezes nie tylko wiedział kim jestem, ale pamiętał, czym się zajmuję. „Musisz jakiś utwór poświęcić dla Ursynowa” powiedział, skoro macie mieszkać na Ursynowie. Napisałem taki utwór, którego nuty złożyłem później na ręce Stasia Olszewskiego i prawdopodobnie gdzieś w archiwach Spółdzielni ta partytura zalega. Utwór ten był zatytułowany „Na Kabatach” nagrałem go w Polskim Radio, miedzy innymi dzięki redaktorowi Wrońskiemu, który przeniósł się również na Ursynów. Grałem ten utwór wiele razy na koncertach w różnych miejscach i miastach. Ostatnim razem wykonanie tego utworu odbyło się na Ursynowie czyli w miejscu, któremu został poświęcony. Okazja to była nie lada, ponieważ był to koncert z okazji mojej 75. rocznicy urodzin. Koncert został zorganizowany dzięki władzom Ursynowa, a właściwe dzięki burmistrzowi Piotrowi Guziałowi, którego znam od dziecka, o czym już wspominałem, ponieważ był kolegą z podwórka naszych synów Mateusza i Piotrka.

    Utwór, który został napisany dla Dzielnicy Ursynów na prośbę prezesa Stanisława Olszewskiego, został wykonany 10 listopada 2011 r. na koncercie pt. „Alla Polacca” w dolnym Kościele na Ursynowie przy al. KEN, w pobliżu ulicy Puszczyka gdzie spędziliśmy wiele szczęśliwych lat.

    Mam obawy czy ten tekst nie jest za długi, ale to jest najlepsze moje usprawiedliwienie – długi tekst zabiera długi czas, nie jestem człowiekiem pióra, inni zdolni ludzie w tym czasie prawdopodobnie mogliby napisać nie jakieś wspomnienie, a książkę!

    Henryk Kuźniak

    muzyk, kompozytor muzyki filmowej (autor m.in. muzyki do filmów Vabank i Vabank II)

    *Tekst pochodzi z książki "Jesteśmy z Ursynowa" ze wspomnieniami mieszkańców wydanej staraniem Ewy Cygańskiej, nakładem Dzielnicowego Ośrodka Kultury. Pozycja do nabycia w DOK Ursynów przy ul. Kajakowej 12b.

    Jak się czujesz po przeczytaniu tego artykułu ? Głosów: 99

    • 74
      BARDZO PRZYDATNY
    • 3
      ZASKOCZONY
    • 12
      PRZYDATNY
    • 4
      OBOJĘTNY
    • 0
      NIEPRZYDATNY
    • 4
      WKURZONY
    • 2
      BRAK SŁÓW

    4Komentarze

    dodaj komentarz

    Multiplatforma internetowa HALOURSYNOW.PL nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane (regulamin).

    Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Aby dodać komentarz musisz podać wynik
    • ~LIDL & Na Skraju (Spółdzielnia) 4 27 dni temuocena: 100% 

      Kiedy podlejecie drzewa przy ul. Rosoła urzędasy ze Spółdzielni Na Skraju i handlarze z LIDLA. Nie mówcie tylko, że czekacie aż Was deszcz wybawi!

      Edytowany: 27 dni temu

      odpowiedz oceń komentarz 1 0 wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    • ~Ass 3 miesiąc temu

      Też znałam Pana Stasia Olszewskiego.... pozytywna postać

      Edytowany: miesiąc temu

      odpowiedz oceń komentarz 0 0 wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    • ~słój z ogórkami 2 miesiąc temuocena: 100% 

      Brakuje informacji o miejscu urodzenia.

      Edytowany: miesiąc temu

      odpowiedz oceń komentarz 3 0 wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    Artykuł załadowany: 0.3173 sekundy
    REKLAMAA2-BONAVERBA--01-09----30-10-2020