REKLAMAA1 AUTO WIMAR 01.04.2021 - 30.04.2021
    ARTYKUŁY IMPREZY FIRMY
    wydrukuj podstronę do DRUKUJ25 grudnia 2020, 08:07 komentarzy 3

    Marta Siesicka-Osiak

    napisz maila ‹
    moje artykuły ‹
    Zima 1978 r. przy ul. Wiolinowej

    Zima 1978 r. przy ul. Wiolinowej (fot. Włodzimierz Witaszewski/ursynow.org.pl)

    Czterdzieści dwa lata temu na Ursynowie większość mieszkańców szykowała się właśnie do pierwszej imprezy sylwestrowej w swoim nowym mieszkaniu. Nikt nie spodziewał się tego, co miało nastąpić za kilka godzin – mrozu, śniegu po pas, braku prądu, wody i gazu. Oto trzy opowieści z tamtej pamiętnej zimy!

    Okrągła rocznica, która przypada w tym roku w związku z zimą stulecia (przełom 1978 i 1979 roku), skłoniła nasze czytelniczki do wspomnień z tych szczególnych dni. Tym bardziej szczególnych, że dla większości z nich była to pierwsza zima na Ursynowie. Wszystko zaczęło się niewinnie, kiedy rodziny spokojnie szykowały się do powitania Nowego Roku.

    W śniegu po pas… na imprezę!

    Basia, Jarek i mały Filip wprowadzili się latem 1978 r. do swojego M3 na Wiolinowej. Młode małżeństwo planowało spędzić sylwestra u znajomych nad Doliną Służewiecką. Po południu mieli pomóc gospodarzom w przygotowaniach, później zostawić syna u dziadków i wieczorem ruszyć na prywatkę.

    - Po południu padał śnieg, ale nie było tragedii. Kiedy wracaliśmy na chwilę na Ursynów okazało się, że Wałbrzyską nie chodzą już autobusy. Wtedy zaczęła się zima – opowiada Basia. – Mężowi wąsy przymarzły do ust, a trzyletni synek niesiony przez niego na barana, zaczął płakać, że nie czuje nóżek – wspomina.

    Rodzina, chcąc wrócić jak najszybciej na Ursynów, udała się na postój taksówek. – Było ich jak na lekarstwo, a ludzi cały tłum. Nas, jako rodzinę z dzieckiem, przepuszczono na początek kolejki – wspomina Basia i dodaje, że do „swojej” taksówki zabrała ich pani, która jechała kupić kwiatka w kwiaciarni na Puławskiej.

    Kierowca dojechał do wiaduktu przy wjeździe na Ursynów i powiedział, że dalej nie zaryzykuje jazdy. Rodzina brnąc w coraz większym śniegu dotarła na swoje osiedle. Syn został z dziadkami, a młode małżeństwo postanowiło nie rezygnować z sylwestrowej zabawy i udało się w drogę powrotną na Służew.

    - Śnieg był już miejscami po pas. Nikt nie odśnieżał, a cały czas padało. Doszliśmy do wysokości obecnego Megasamu. Tu był raj! Ludzie się zatrzymywali, solidarność nieprzytomna. Nie było samochodu, który by kogoś nie zabrał – opowiada Basia.

    Okazało się, że na imprezę nikt nie dotarł. Dopiero później ludzie zaczęli się schodzić. Wszyscy siedzieli w kożuchach. - Trójka rodzeństwa męża przyszła torami tramwajowymi z centrum - doszli do nas po północy – mówi mieszkanka Wiolinowej.

    Tej nocy wszyscy siedzieli w paltach, pili duże ilości rozgrzewających trunków i nocowali u gospodarzy. - W Nowy Rok wracaliśmy do domu ok. 6 rano. Była przepiękna pogoda, wyszło słońce i przyszliśmy na piechotę – mówi Basia.

    Wspomina jeszcze, że przez kolejne dni z dziećmi nie jeździło się do przedszkola, bo nie było jak. Lekarze dawali rodzicom zwolnienia, bo praktycznie nie jeździły autobusy. - Ale ludzie bardzo sobie pomagali, na ulicach Ursynowa nie było samochodów, które jechałyby z jedną osobą. To było takie podtrzymujące na duchu, że nie zostaliśmy tu zasypani i odcięci od świata – dodaje.

    Świeży śnieg przed blokami u zbiegu Puszczyka i Pięciolinii. fot. Włodzimierz Witaszewski/ursynow.org.pl

    Po jabłka w rajstopach

    W tym samym czasie w innym bloku na Wiolinowej do przyjęcia sylwestrowego powoli szykowali się Ania i Janek. Mieszkali od wiosny w swoim wspólnym mieszkaniu i postanowili zaprosić znajomych. Ale wcześniej mieli jeszcze coś do załatwienia.

    - Po Bożym Narodzeniu zrobiło się ciepło, tuż przed sylwestrem Janek z moim tatą pojechali na wieś po jabłka – mówi Ania. – Kiedy rano wstaliśmy było zero stopni, kiedy Janek dojechał z Ursynowa na Ochotę, już było minus 7 stopni – opowiada.

    Teściowa, kiedy zobaczyła Janka, zapytała czy ma na sobie kalesony, a gdy okazało się, że nie… - Wcisnęła go w swoje nylonowe rajstopy, które – jak mąż wspomina do dziś - poobcierały mu nogi do krwi – mówi Ania.

    Kiedy Janek z teściem dojechali na wieś na termometrach było już koło minus 15 stopni. Jabłka przemarzły w bagażniku i poobijały się w worach, które zaliczyły kilka poważnych upadków na śliskiej drodze do samochodu. Zdążyły jednak dojechać na sylwestra, podobnie jak nieliczni goście.

    - Przyjaciółka z Żoliborza wcześniej wyjechała z domu maluchem i jakoś dojechała. Siedzieliśmy i czekaliśmy na resztę – opowiada Ania.

    Po jakimś czasie dobrnął kolega jadący autobusem ze Stegien, który opowiadał, że wszyscy pasażerowie wyskakiwali i wyciągali autobus z kolejnych zasp. Dotarł też kolega z Ursynowa – cały w śniegu, wyglądał jak bałwan, był w stroju narciarskim, a pod spodem miał marynarkę.

    Rzecz, która utkwiła Ani w pamięci to jajka w majonezie. Impreza miała być składkowa, a ponieważ dotarła tylko część osób, to był nieduży wybór w dużych ilościach. Jajek był naprawdę dużo! Ania pamięta jeszcze, że węgiel nie dojechał wtedy do Warszawy i w mieszkaniach było chłodno. - Ludzie się dogrzewali gazem i grzejnikami. Daliśmy radę! – kończy swoją opowieść.

    Mały stok przy Surowieckiego od strony Końskiego Jaru. fot. Włodzimierz Witaszewski/ursynow.org.pl

    Do porodu autobusem

    Receptę na chłód do perfekcji dopracowali Józefa - będąca tej zimy w siódmym miesiącu ciąży - i jej mąż Wojtek, którzy wraz z dwoma synami, psem i kotem spali wspólnie na jednym materacu w swoim mieszkaniu na Puszczyka.

    - Drzwi balkonowe były tak nieszczelne, że do środka przez szparę wpadał śnieg – opowiada Józefa. – Dogrzewaliśmy się wtedy kuchenką gazową i grzejnikiem. Wiem - niezbyt rozsądnie - ale ciepło. Spaliśmy wszyscy razem w najmniejszym pokoju (ośmiometrowym), żeby było cieplej – wspomina.

    Dużym wyzywaniem dla Józefy było wykarmienie dwu- i czterolatka oraz siebie i męża, kiedy zabrakło gazu i wody. – Chodziłam wtedy do przyjaciół na Sonaty, gotowałam u nich i wracałam z garnkami z jedzeniem. Gorzej było z myciem, można by było stopić śnieg, ale nie było jak – mówi.

    Józefa i Wojtek, także pamiętają tego wyjątkowego sylwestra. Oni też nie spodziewali się, że wracając od przyjaciół z Dolinki Służewieckiej nie dadzą rady pociągnąć sanek z synami, bo śnieg był już do kolan. – Starszy syn postanowił wtedy sprawdzić czy rzeczywiście język przymarznie mu do zimnej klamki. Przymarzł. Na szczęście skończyło się na małej rance – opowiada Józefa.

    Józefa miała wyznaczony termin porodu na luty. Pierwszy „alarm” był 15 lutego, kiedy korzystając z uprzejmości sąsiada - pana Marka – została zawieziona w nocy do szpitala na Madalińskiego. – Pan Marek otworzył Wojtkowi drzwi zupełnie zaspany i podał mu dwie puste butelki po mleku, bo myślał, że to mleczarz – wspomina Józefa.

    Drugi, tym razem ostatni alarm, nastąpił kilka dni później. Józefa i Wojtek nie chcąc kłopotać po raz kolejny sąsiada ruszyli do szpitala autobusem 502. – Nie było miejsc siedzących, więc trzymałam się mocno uchwytu i prawidłowo oddychałam – śmieje się Józefa.

    Para szczęśliwie złapała później taksówkę i mały Jonasz przyszedł na świat w szpitalu, a nie w autobusie.

    - Czuliśmy się trochę jak pionierzy na Dzikim Zachodzie - puentuje Józefa.

    I trudno się z nią nie zgodzić. Pierwsi mieszkańcy Ursynowa nie mieli łatwo, ale za to jakie mają teraz wspomnienia!

    Jak się czujesz po przeczytaniu tego artykułu ? Głosów: 372

    • 227
      BARDZO PRZYDATNY
    • 34
      ZASKOCZONY
    • 40
      PRZYDATNY
    • 32
      OBOJĘTNY
    • 12
      NIEPRZYDATNY
    • 8
      WKURZONY
    • 19
      BRAK SŁÓW

    3Komentarze

    dodaj komentarz

    Multiplatforma internetowa HALOURSYNOW.PL nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane (regulamin).

    Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Aby dodać komentarz musisz podać wynik
    • ~m 3 2 miesiące temuocena: 100% 

      Rajstopy poobcierały mu nogi do krwi... Ale bzdury.

      Edytowany: 2 miesiące temu

      odpowiedz oceń komentarz 1 0 wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    • ~Sąsiad 2 3 miesiące temu

      Na pierwszym zdjęciu górka "krokodyl" przed blokiem przy wiolinowej 3. Ale się pozmieniał ten krajobraz, tylko paw stoi niezmiennie w tym samym miejscu...

      Edytowany: 3 miesiące temu

      odpowiedz oceń komentarz 0 0 wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    • ~U 1 3 miesiące temuocena: 67% 

      Piekna zima. Moim zdaniem nie warto poswiecac naturalnych zjawisk przyrodniczych (por roku) na rzecz konsumpcjonizmu. Wiecej zjemy, wysramy, obejrzymy, etc. Ja wola piekna zime niz ten syf co teraz jest. I co z tego ze mam dobry sprzet za audio-video, kompa, tablety, smartfony i moge ogladac co chce skoro z dzieckiem nie moge pojsc na spacer z sankami pochodzic po sniegu. Wychowalem sie jako dziecko kiedy zima jeszcze byla i jest mi szkoda ze juz jej nie ma i pewnie nie bedzie w przyszlosci.

      Edytowany: miesiąc temu

      odpowiedz oceń komentarz 2 1 wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    Artykuł załadowany: 0.3981 sekundy
    REKLAMAA2 DaGRASSO / KUCHARKI   14.02.2021 - 13.05.2021