REKLAMAA1-DZIELNICA-BO-02-12----31-12-2019
    ARTYKUŁY IMPREZY FIRMY
    wydrukuj podstronę do DRUKUJ21 lipca 2019, 11:00 komentarzy 1

    Redakcja Haloursynow.pl

    napisz maila ‹
    moje artykuły ‹

    (RM)

    Czy Ursynów przypomina mu rodzinne Łapy na Podlasiu? Jaki pomysł na siebie znalazł po zakończeniu kariery piłkarskiej? Mieszkaniec Ursynowa, były piłkarz Legii Warszawa, Widzewa Łódź, reprezentacji Polski – Tomasz Łapiński znalazł chwilę, aby porozmawiać o życiu i sporcie.

    Jak długo mieszka pan na Ursynowie?

    Mieszkam tu już 20 lat. Akurat spotykamy się przy al. KEN, w kawiarni „Coco”. Mam tutaj blisko, tutaj spotykam się na dłuższe rozmowy. To jest z dowodów na to, że sieć gastronomiczna i restauracyjna jest tutaj bardzo dobrze rozwinięta. Ale to nie była jedyna lokalizacja, gdzie można było mnie spotkać. Wcześniej mieszkałem też, chociażby przy Kopie Cwila, więc znam dobrze te okolice.

    A dlaczego wybrał pan akurat Ursynów?

    Wyszło to samo z siebie – na pewno mieliśmy tutaj dobry dojazd na stadion Legii. Później to zadziałało już siłą przyzwyczajenia, pozostałem tutaj, nie chciałem się stąd ruszać. Ogromnym plusem było metro, które ułatwia bardzo wiele – jest połączone z centrum Warszawy, mamy dobrą sieć komunikacyjną. Wydaje mi się też, że jest spokojną dzielnicą, dobrze mieszka się tu komuś takiemu jak ja. 

    Wiadomo, że Kabaty się zmieniły. Powstały nowe bloki, ale zachowano mimo wszystko proporcje między zielenią a zabudowaniami. Dzielnica jest samowystarczalna, pewnie tak samo jak pozostałe dzielnice Warszawy. Jakie jest to miejsce do życia? Bardzo dobre. Czuję się tu jak u siebie!

    Kiedyś sporo piłkarzy Legii mieszkało właśnie w naszej dzielnicy. Dziś wybierają raczej Wilanów…

    Z jednej strony – tak. Wilanów jednak też wydaje się być bardziej ekskluzywny od Ursynowa. Jedyny minus jest taki, że tam akurat nie ma metra. To jest po wielokroć użyteczny środek komunikacji w mieście. Jedna wada, ale jakże znacząca. Chociaż, może piłkarze Legii może boją się jeździć metrem? (śmiech) Albo nie chcą! Jednak mimo wszystko ja uważam to za wygodę – metro naprawdę bardzo pomaga. Rozbudowuje się druga linia, więc nie tylko Ursynów zyska na udogodnieniach.

    Czy gdyby w pana życiu nie pojawiła się piłka nożna, to nie trafiłby pan do Warszawy?

    Trudno mi zgadywać. Na pewno gdyby nie piłka nożna, to nie trafiłbym do Warszawy, by trenować i grać w Legii. Z jednej strony trudno mi naprawdę gdybać. W sumie nawet tego nie lubię – nie lubię przypuszczać, co by mogło się stać. Uważam, że życie potoczyło się dobrze, wylądowałem tutaj. Przecież kto wie, gdybym został w Łodzi, gdzie mieszkałem 12 lat… to pewnie nie trafiłbym do telewizji. Zgaduję, że nie trafiłbym, bo największe media w większości są zlokalizowane w stolicy. Znalazłem się jednak w Warszawie – 20 lat minęło szybko, odnalazłem się tutaj. Choć początki były trudne…

    A czym Warszawa różni się od Łodzi?

    Moim zdaniem, Warszawa się zmienia. Jest dużo bardziej przyjaznym miastem do życia. Zmienili się też ludzie – inaczej się zachowują. Ja widzę to chociażby w ruchu ulicznym – naprawdę uważam, że kultura jazdy jest dzisiaj na wyższym poziomie. Jeszcze w 1999-2001 roku, gdy popatrzę, jak jeździło się w Warszawie, a jak w Łodzi, to były to dwa różne światy. Z korzyścią dla Łodzi! A dzisiaj jest odwrotnie! Przyjeżdżałem do stolicy i wszędzie stałem w korkach!

    Moje życie dzieli się na trzy etapy – etap podlaski, czyli rodzinne Łapy obok Białegostoku, etap łódzki i etap warszawski. I tak jak Łódź mocno różniła się od Łap, to przeskok do Warszawy z Łodzi również był ogromną różnicą. W Łodzi dopiero teraz wzięto się za nadrabianie zaległości w stosunku do Warszawy, która – czego przykładem jest Ursynów – sporo takich prozaicznych i życiowych spraw uporządkowała wcześniej.

    zdjęcie: W. Sierakowski

    A jest coś, co zmieniło się na gorsze?

    Musiałbym się chwilę zastanowić…

    Są osoby, którym przeszkadza ciągła rozbudowa, betonowanie Warszawy.

    Nie wiem, czy się z tym zgodzę. Warszawa też jest miastem, które się rozszerza. Dla mnie proces rozbudowy jest nie do zatrzymania. Przecież co zrobimy? Zakażemy rozbudowy? Złapiemy deweloperów za rękę i powiemy, że nie wolno? Nie zrobimy tego. Ta tendencja się nie odwróci. Chyba że ludzie zaczną z Warszawy wyjeżdżać. A na to też się nie zanosi. Dla mnie większym wyzwaniem jest to, żeby mądrze się rozbudowywać. A czy ja dziś czuję na Ursynowie, że bloki są upychane jeden obok drugiego? Niespecjalnie. To nie jest tak, że bloki buduje się w każdym kącie. Ja się nie czuję osaczony betonem. Mamy przecież wciąż blisko nas Las Kabacki, sporo parków. Dlatego nie mam takiego poczucia, żeby było pod tym względem źle. To, że jest dużo bloków, jest podyktowane właśnie tym, że mieszka tu jednak 150 tysięcy ludzi… kiedyś nazywano to miejsce sypialnią Warszawy…

    Jako były piłkarz spotyka się pan z większym szacunkiem w Łodzi czy w Warszawie?

    Trudne pytanie. Trudno bowiem nazwać, czy to, że jestem jeszcze przez ludzi rozpoznawalny jest szacunkiem czy nie. Jednak w Łodzi grałem dłużej, awansowałem z Widzewem do Ligi Mistrzów, byłem mistrzem Polski, a w Legii spędziłem mniej czasu. A jeżeli chodzi o telewizję, to rozumiem, że oglądają ją jednak ludzie, którzy się piłką interesują. To głównie kanały sportowe dały mi możliwość pokazania się jako telewizyjny ekspert. Ale zdarza się, że nie rozpoznają mnie – co też nie jest dla mnie żadnym problemem. Chyba nawet kiedyś o tym mówiłem, że zniknięcie w tłumie wcale nie jest złą rzeczą. Raczej wygodną.

    Telewizja była jedną z dziedzin, która pojawiła się w pana życiu po zakończeniu kariery. W 2011 roku Canal+ Sport, później Polsat Sport. Jak do tego doszło, że znalazł się pan akurat tam?

    Z przypadku. Kompletnie tego nie planowałem, a nawet powiem szczerze, że nie widziałem się w roli mądrej głowy z ekranu. Zaproszono mnie do Canal+ do programów podsumowujących rozgrywki Ekstraklasy – „Liga+”, „Liga+ Extra”. Szedłem tam wtedy z bólem serca, bo nie lubiłem rozmów telewizyjnych. A tymczasem wcale nie czułem się źle. Wręcz przeciwnie – wypadło to dobrze.

    Te osiem lat przed kamerą. Wiele pana nauczyły?

    Oczywiście. Zawsze tak jest. Widzę ogromną różnicę. Mam swój sposób bycia, zdecydowałem, jakim chcę być ekspertem. Niektórzy chcą być bardziej kontrowersyjni, wyraziści, krzykliwi. Ja tego nie lubię. Wolę konkretne opinie. Nie jestem np. jak Tomasz Hajto, który jest wyjątkowy w swoim podejściu i nie stroni od ostrych komentarzy. Nie jestem wrzeszczącym panem. Może to źle… bo niby telewizja teraz lubi show…

    Ale nie było tak zawsze… w latach 70. czy też 80. XX wieku była bardziej wyważona, właśnie tak, jak pana podejście do występów w studio przed meczami…

    Czyli jestem pańskim zdaniem archaiczny? (śmiech). Ale coś w tym jest. To jest inny sposób podejścia. Media jednak potrzebują ciągle kontrowersji. Kwestia polega tylko na tym, jakie programy chcemy tworzyć. Czy mają czegoś nauczyć, czy mają być rozrywką… czy chcemy dobrego humoru, czy chcemy konkretne analizy piłkarskie. Ja mam wrażenie, że czuję się lepiej w analizie. 

    To czego w takim razie zabrakło panu, by zostać trenerem?

    Czasu! Trener to człowiek, który żyje swoim zawodem 24 godziny na dobę. Widzę to po moich kolegach, którzy tę drogę wybrali, ale też ogólnie po przedstawicielach tego profesji. Analiza, taktyka, odpowiedzialność za drużynę – to wszystko jest czasochłonne. A pamiętajmy – przecież praca to nie wszystko. Jest jeszcze rodzina, zainteresowania, wolne chwile, gdy człowiek musi odpocząć, naładować akumulatory. Obawiam się, że mnie by na to czasu nie starczyło. Nie umiałbym zrezygnować z tych wszystkich rzeczy, których podjąłem się po zakończeniu kariery w 2005 roku.

    Rzeczywiście było tego sporo – jeździł pan na rekolekcje do Częstochowy, rzucił pan palenie, wziął się za jazdę na snowboardzie, poker, MotoCross, bieganie, wędkarstwo, a konkretnie łowienie sandaczy. Zrobił pan prawo jazdy kategorii A na motocykl… do tego skończona szkoła fotograficzna, dwuletnie studia reżyserskie w szkole filmowej… Człowiek renesansu!

    A państwo jeszcze chcieli mieć trenerem robić! (śmiech)

    Owszem!

    Ale pamiętajmy, że nie wszystko robiłem w jednym czasie, to są rzeczy, których próbowałem przez lata…

    zdjęcie: W. Sierakowski

    Kiedy zrozumiał pan, że trzeba próbować czegoś innego niż tylko kopanie piłki, oglądanie jej i opowiadanie o niej?

    Kiedy skończyłem grać pojawiło się więcej luźnych chwil. Wcześniej nie myślałem nawet o tym, co lubię, czego nie lubię, czego mógłbym spróbować, a czego nie chcę robić. Wynikło to trochę z ciekawości świata. Każda z tych rzeczy mnie rozwijała – chociażby fotografia popchnęła mnie w stronę reżyserii, reżyseria i szkoła filmowa - w stronę literatury. A że jestem chyba dosyć ciekawym człowiekiem…

    Nawet nie „chyba”, tylko na pewno – dlatego tu siedzimy i rozmawiamy.

    Pewnie tak. Ale chodzi o to, żeby próbować nowych rzeczy.

    Maciej Szczęsny też jest takim przykładem byłego piłkarza, który próbował swoich sił w fotografii…

    Ale on nawet w trakcie kariery miał swój profesjonalny sprzęt, jego pasja trwa dłużej ode mnie. Nawet pamiętam, jak w czasie gry w piłkę potrafił w wolnym czasie lecieć do Stanów na walki Andrzeja Gołoty. Zabierał sprzęt i leciał robić zdjęcia. Czasami nawet śmialiśmy się z niego, że zanim zdążył założyć duży obiektyw, rozłożyć statyw i wszystko przygotować, to było już po walce! (śmiech) Niedawno miał wystawę poświęconą jazzowi, fotografował muzyków, prezentowano ją na PGE Narodowym. 

    Napisał pan książkę – fabularną, o tematyce piłkarskiej, pod tytułem „Szmata”, której głównym bohaterem jest piłkarz, Roman Dzwonecki. Jak przebiegał proces twórczy? Remigiusz Mróz, autor kryminałów, ma taką metodę, że np. musi napisać 15 stron dziennie, ale wcześniej musi przebiec odpowiednio dużo kilometrów. Zważywszy na to, że można pana spotkać biegającego w Lesie Kabackim, są pewne podobieństwa…

    Na pewno bieganie pomaga w myśleniu – kapitalnie ułatwia to nam ten proces. To jest jak mantra. Człowiek potrafi się skupić dużo lepiej, jest zamknięty we własnym umyśle, który staje się bardziej otwarty. Podobnie do biegania działa spacer, monotonny ruch. Można się wtedy poświęcić dobrze jednej rzeczy.

    Ale już liczba stron do mnie to nie przemawia. Nie lubię sobie narzucać takich ram, nie robiłem tego, kiedy pisałem. Zresztą mówiąc o Mrozie, to też musimy pamiętać, że to podobno człowiek, który co 3 miesiące wydaje nową książkę. W moim przypadku na razie mówimy o jednej pozycji, której i tak poświęciłem bardzo dużo czasu, pracy i emocji. Czasami też uważam, że mniej słów potrafi więcej przekazać. 

    „Less is more” – jak mówią Anglicy?

    Oczywiście, prostota dobrze oddaje niektóre sytuacje. Nie lubię kwiecistych opisów, może dlatego wymiękałem, czytając „Nad Niemnem”! (śmiech). To nie jest mój styl. Nie lubię rozbudowanego i rozdmuchanego stylu. Poza tym, nawet doświadczeni pisarze często zmierzają w tym kierunku, że poświęcają mniej miejsca w swoich pozycjach opisowi, a są bardziej lakoniczni. Stosują też mniej słów, nie męczą czytelnika.

    Te zainteresowania i inne dziedziny życia, o których rozmawiamy, pozwalają panu patrzeć trochę inaczej na sport? 

    Otwarta głowa zawsze jest pomocna, nie tylko w telewizji, ale na boisku też. Na pewno mam dzięki temu szerszy punkt widzenia. Otwarta głowa też pomaga w analizie sytuacji – dlaczego akcja potoczyła w ten sposób, a dlaczego mogła potoczyć się inaczej. Pomaga rozkładać piłkę na czynniki pierwsze. Z takimi problemami piłkarz musi się mierzyć, a w analizie także zajmują się tym trenerzy. Dlatego otwartą głowę warto mieć cały czas.

    Czy któryś z obecnych piłkarzy reprezentacji Polski przypomina panu siebie samego?

    Trudno stwierdzić, czy jeden do jednego któryś by tak pasował do charakterystyki. Kiedy graliśmy w kadrze z Jackiem Zielińskim, który dziś pracuje w Legii Warszawa jako dyrektor akademii, byliśmy raczej szybkimi środkowymi obrońcami. Dziś bywa z tym różnie w naszej drużynie. Choć np. nie uważam, że Michał Pazdan był np. bardzo wolnym zawodnikiem, wręcz przeciwnie, potrafi pokazać, że jest dynamicznym defensorem. Tak samo uważam, że będziemy mieli mnóstwo pociechy z Jana Bednarka. Że drużyna dołu tabeli ligi angielskiej, czyli Southampton, to nie jest szczyt jego możliwości. On da wiele dobrego naszej kadrze.

    Dopiero pierwsze pytanie stricte odnośnie piłki nożnej. Zauważył pan?

    W sumie tak.

    Łamie pan stereotyp piłkarza – można z nim porozmawiać o wielu rzeczach, nie tylko o kopaniu piłki. Wydaje się, że ciągle niewiele jest takich osób. Tak samo niewiele jest osób w środowisku piłkarskim, gdzie odsetek złych opinii na ich temat jest bliski zeru. Tak jak w pana przypadku...

    Dobrze przyłożycie ucho, to znajdziecie też złe opinie! (śmiech) 

    Tak czy inaczej – dziękujemy za rozmowę.

    *Rozmawiał Rafał Majchrzak

    Jak się czujesz po przeczytaniu tego artykułu ? Głosów: 16

    • 6
      BARDZO PRZYDATNY
    • 3
      ZASKOCZONY
    • 5
      PRZYDATNY
    • 0
      OBOJĘTNY
    • 0
      NIEPRZYDATNY
    • 1
      WKURZONY
    • 1
      BRAK SŁÓW

    1Komentarze

    dodaj komentarz

    Multiplatforma internetowa HALOURSYNOW.PL nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane (regulamin).

    Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Aby dodać komentarz musisz podać wynik
    • ~Legionista 1 4 miesiące temuocena: 75% 

      Super człowiek. Szkoda że w Legii mu się średnio udało bo piłkarzem był naprawdę dobrym. Tylko ten strach przed lataniem

      Edytowany: 4 miesiące temu

      odpowiedz oceń komentarz 3 1 wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    Artykuł załadowany: 0.2782 sekundy
    REKLAMAA2-PizzaSANGIOVANNI-01-12----31-12-2019