REKLAMAA1-KUCHAREK6-(X2)--20-07----20-10-2019
    ARTYKUŁY IMPREZY FIRMY
    wydrukuj podstronę do DRUKUJ12 stycznia 2019, 10:22

    Marta Siesicka-Osiak

    napisz maila ‹
    moje artykuły ‹

    (arch. prywatne)

    On wzruszył się do łez, ona miała pierwszej nocy koszmarny sen. O tym dlaczego postanowili przejść ponad 100 km przez tundrę, o burzy, która na zawsze utkwiła w ich pamięci i o swoich kolejnych planach, opowiadają nam Adam i Paulina z Zielonego Ursynowa, którzy przemierzyli pieszo Laponię.

    Na pierwszy rzut oka zwyczajna para z dwójką dzieci. On pracuje w korporacji, ona w przedszkolu, ale jedna rzecz się nie zgadza… Bije od nich jakaś niecodzienna aura. Paulinie uśmiech nie schodzi z twarzy, Adam bez skrępowania mówi o swoich uczuciach. Jest w nich spokój. Spokój przywieziony z lapońskiej dziczy!

    Zew natury

    Wszystko zaczęło się od samotnej wyprawy Adama w 2014 roku. Pojechał do Laponii, bo był na życiowym rozdrożu. - Potrzebowałem dosłownie wyjść ze swojego świata, wyjść z codziennego funkcjonowania i ze strefy komfortu - opowiada.

    Jest wielkim miłośnikiem przyrody – pomaga zaspokoić jego potrzebę osobistej wolności i autonomii. A Laponia jest ostatnim dzikim, dziewiczym obszarem w Europie, stąd wybór właśnie tego miejsca. Adam nie miał za sobą podobnych doświadczeń, dlatego na miejscu czekało go kilka niespodzianek. Miał samotnie pokonać dystans 110 km Szlakiem Królewskim, śpiąc pod namiotem, będąc na łasce natury. To trasa najbardziej wysunięta na północ, już za kołem podbiegunowym – wyzwanie.

    Na wyprawę pojechał ze sprzętem do uzdatniania wody, bo nie było możliwości noszenia ze sobą dodatkowych 20 litrów. Okazało się, że wodę może pić bezpośrednio ze strumienia.

    - Może to brzmi dziwnie, ale odczułem wtedy po raz pierwszy, że woda nie bierze się ze sklepu. Po prostu podchodzi się do rzeki i nabiera się wody. Zupełnie inaczej smakuje, jest pyszna i orzeźwiająca - mówi Adam. - Poczułem się wtedy po raz pierwszy częścią większej całości. Pomyślałem, że ja, jako człowiek nie dominuję nad przyrodą, ale przyroda ma dla mnie wszystko i mogę z tego czerpać, jestem jej gościem - tłumaczy.

    Zaskakująca okazała się też ilość reniferów, które odprowadzały go wzrokiem mówiącym „o idą znów turyści”. -  Znów poczułem się gościem – mówi Adam.

    Natura spłatała mu figla także w innej kwestii. O ile wody okazało się być dokładnie tyle, ile trzeba, to okazało się, że tundra nie zamierza zaopatrywać turystów w materiał na opał. - Wziąłem ze sobą minimalną ilość paliwek turystycznych, nie miałem butli gazowej, licząc na rozpalanie ognisk. Na miejscu okazało się, że nie ma z czego. Przez pięć dni żywiłem się suchym prowiantem - opowiada.

    Wyprawa dała mu więc lekcję pokory, ale przyniosła też odpowiedzi na pytania. Nie wiedział jeszcze wtedy, że będzie to dopiero początek innej podróży…

    Ramię w ramię

    Swojej partnerce Paulinie o tej wyprawie opowiadał dużo, ale podkreśla, że do niczego jej nie namawiał. Ze wzruszeniem wspomina moment, w którym powiedziała, że chce pojechać do Laponii razem z nim. Oboje pracują zawodowo nad rozwojem ludzi: Adam z dorosłymi jako coach, Paulina jako pedagog i trenerka jogi dla dzieci.

    - Potrzebowaliśmy wyjść ze strefy komfortu, bo ucząc tego ludzi, sami musimy być wiarygodni. Chcieliśmy też zrobić coś dla swojego związku. W dzisiejszych czasach, w codziennym pędzie nie ma miejsca na bliskość, pojechaliśmy ją odnaleźć - opowiada Adam.

    Oboje mówią, że to było niesamowite doświadczenie. - Jesteśmy tylko my razem, jesteśmy zespołem, nie ma gdzie uciec przed tą bliskością. Nagle dostrzegłem u Pauliny rzeczy, których nie widziałem na co dzień. Takie maluteńkie jak mimika twarzy, która pojawiła się podczas głębokiej rozmowy, czy szalona siła woli i nieustępliwość, kiedy dociążona 20-kilowym plecakiem, mimo bólu i zmęczenia, się nie poddawała - opowiada Adam.

    W pięć dni pokonali ok. 110 km. Zapytani o najsilniejsze wspomnienie z tamtego lata odpowiadają jednogłośnie: burza. Mimo iż wędrowali w sierpniu, pogoda potrafiła dać się im we znaki. Musieli pokonywać w bród potoki, a jednej nocy przetrwać nawałnicę.

    Adam musiał otworzyć komorę i trzymać poły namiotu, żeby nie odfrunął. Oboje wspominają tę noc jako moment bardzo dużej bliskości i współodpowiedzialności. - Czułam jednocześnie niepokój, bo nie wiedziałam, co się wydarzy i bezpieczeństwo, bo wiedziałam, że Adam jest blisko i możemy na siebie liczyć - mówi Paulina.

    Doszli wówczas do wniosku, że na co dzień wielu rzeczy boimy się na wyrost – siedząc w domu na kanapie tworzymy czarne scenariusze, a kiedy znajdziemy się w końcu tu i teraz, to dobrze przygotowani nie mamy się czego bać. - Gdyby namiot został porwany przez wiatr po prostu założylibyśmy ciepłe ubrania i ruszylibyśmy dalej, naprawdę nic takiego by się nie stało - podsumowują.

    Uzbrojeni w poprzednie doświadczenia Adama i w dobrze opracowany plan (oraz w „paliwka”), pokonali wspólnie trasę przez dziką tundrę. Obojgu po 3-4 dniach zaczęło dawać się we znaki zmęczenie fizyczne. Pracownik biurowy i nauczycielka nie mają kondycji zawodowych sportowców, jednak każdy następny widok wyłaniający się zza kolejnej góry dawał im motywację do dalszego wysiłku.

    Laponia lekiem na całe zło

    Czego nauczyła tundra Adama i Paulinę? Np. tego, że trzeba dobrze planować, bo potem można przez pięć dni jeść orzechy… Ciekawym odkryciem było też w kontekście jedzenia to, jak bardzo w codziennym życiu zajadamy stres czy nudę.

    - Okazało się, że na śniadanie wystarczy przecier owocowy i baton z przetartych owoców, a na resztę dnia mieszanka bakalii i miska kaszy na ciepło - wspomina Adam. - Wydaje mi się, że gdybyśmy siedzieli w domu czy w stresującej pracy – zajadalibyśmy to dużo większą liczbą kalorii. A tu sama wędrówka i rozmowa, były na tyle zajmujące i relaksujące, że jedzenie nie było potrzebne w większej ilości, mimo dużego wysiłku - tłumaczy.

    Mówią, że podczas przemierzania tundry uderzyła ich cisza. - Czułam, że mam kontakt z naturą, w mieście uodporniamy się na dźwięki np. po pół roku mieszkania na Ursynowie przestałam słyszeć samoloty. Tam słychać szum potoków, owady, wiatr, deszcz, skrzypienie mchu pod butami czy stukot kamieni. To była taka forma medytacji podczas wędrówki - mówi Paulina.

    Dodają jednak, że w sezonie to nie jest do końca dobre miejsce na szukanie samotności. - We wrześniu czy październiku spotkamy jedną, dwie osoby przez cały dzień. W sierpniu ludzi jest naprawdę dużo, w szczególności na pierwszym odcinku – tam dużo ludzi wchodzi na górę Kebnekeise (najwyższy szczyt Szwecji, nieco ponad 2000 m. n.p.m.) Dopiero, kiedy minie się ten pierwszy odcinek, można zobaczyć prawdziwe oblicze Laponii, miejsce ludzi zastępują wtedy renifery - opowiada Adam.

    Koszty takiej wyprawy nie są bardzo duże. Najdroższy jest transport, choć za bilet kupiony z rocznym wyprzedzeniem można zapłacić nawet 400 zł! Leci się do Kiruny, a stamtąd podróżuje się autobusem do wioseczki Nikkaluokta. Tu zaczyna się przygoda.

    To nie koniec!

    Podobno apetyt rośnie w miarę jedzenia. W przypadku Adama i Pauliny właśnie tak zadziałała wyprawa do Laponii, bo już planują kolejną, tym razem zimą! Na przygotowania mają rok, bo data została już ustalona: przełom stycznia i lutego 2020 r.

    Tym razem marzy im się, aby pokonać Szlak Królewski na nartach skiturowych i to w większym gronie. Liczą na to, że powstanie z tego oryginalny i autentyczny program motywacyjny, który pomoże ludziom wyrwać się ze spirali przemocy, nie tylko domowej, ale też korporacyjnej czy wymierzonej przeciwko samemu sobie.

    - Używając metafory przejścia tundry zimą, kiedy będziemy spać w namiotach czy śnieżnych jamach, chcę pokazać i opisać schemat zmiany, że z tych przemocowych sytuacji da się wyjść. Staniemy w miejscu, które będzie zimne i trudne, bo tak wygląda na początku każda zmiana - mówi Adam.

    Oboje twierdzą, że ich obecna kondycja pozostawia dużo do życzenia. Biegają, a Paulina uczy się jeździć na nartach na Górce Szczęśliwieckiej. Zaczynają roczne przygotowania do zimowego wyzwania.

    Jeśli sprawa nabierze rozpędu potrzebni będą sponsorzy, bo choć koszty samej wyprawy nie są duże, bardzo drogi jest specjalistyczny sprzęt, którego nie może zabraknąć zimą. W tej kwestii oboje są dobrej myśli.

    - Wierzymy że, kiedy powiesz głośno o swoich marzeniach, to rzeczy zaczynają się dziać. Już zgłosiły się osoby, które pomogą nam opanować skitury. Jest też ktoś, kto do nas dołączy. Liczymy na więcej. Te duże zmiany zaczyna się tu i teraz - drobnymi, codziennymi działaniami - podsumowuje Adam.

    W GALERII ZDJĘCIA Z OBYDWU WYPRAW DO LAPONII:

    Jak się czujesz po przeczytaniu tego artykułu ? Głosów: 67

    • 48
      BARDZO PRZYDATNY
    • 5
      ZASKOCZONY
    • 4
      PRZYDATNY
    • 2
      OBOJĘTNY
    • 6
      NIEPRZYDATNY
    • 1
      WKURZONY
    • 1
      BRAK SŁÓW

    0Komentarze

    dodaj komentarz

    Multiplatforma internetowa HALOURSYNOW.PL nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane (regulamin).

    Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Aby dodać komentarz musisz podać wynik
      Nie ma jeszcze komentarzy...
    Artykuł załadowany: 0.2633 sekundy
    REKLAMAA2-AUCHAN----DODATKOWO